środa, 27 maja 2015

Zabawy średniowiecznym makijażem :)

Dzisiaj odpoczniemy trochę od igły i wełny i zajrzymy do kuferka średniowiecznej ślicznotki. W końcu idzie lato, czas wypraw, spotkań z przyjaciółmi i wrogami. Trzeba rozprostować zgarbione nad robótką plecy, wdziać nowe suknie, założyć błyszczące ozdoby, rozczesać włosy...

Nałożyć makijaż? Współcześnie - oczywiście, podobnie jak w kilku innych epokach, od starożytnego Egiptu (a może wcześniej) zaczynając. A jak to wyglądało (lub mogło wyglądać) we wczesnym średniowieczu? Z przemyśleń na ten temat urodziła mi się dzisiejsza notka.

"Średniowieczne" kosmetyki - tak to wygląda na skórze :)


Jeśli chodzi o Skandynawię - nie wiemy na pewno, czy wczesnośredniowieczni Skandynawowie stosowali makijaż we współczesnym tego słowa znaczeniu. Jedyna znana mi wzmianka na ten temat pojawia się w opowieści arabskiego podróżnika, al-Tartushiego o mieszkańcach duńskiej osady Hedeby, którą miał (wątpliwą dla siebie) przyjemność odwiedzić około 950 r. Duńczycy zszokowali al-Tartushiego na wiele sposobów - swobodą obyczajów kobiet, rażącym uszy śpiewem, a także - stosowanym zarówno przez mężczyzn i kobiety makijażem oczu. Wzmianka na ten temat jest bardzo krótka (dosłownie jednozdaniowa), a do tego opowieść podróżnika znamy z drugiej ręki - została ona spisana w XI w. w "Księdze dróg i królestw" - kronice autorstwa Al-Bekriego. Całe poniższe rozważania na temat makijażu to zatem raczej zabawa historią, niż eksperymenty oparte na solidnych podstawach - proszę to mieć na uwadze :)

Jeśli jednak skandynawskie panie poprawiały makijażem swoją urodę, można domyślać się, jakie cele chciały osiągnąć. O tym, jak powinna wyglądać idealna skandynawska piękność, pisałam już kiedyś - w tej oto notce. Obok innych przymiotów, takich jak dumna postawa, czy długie, zadbane włosy, powinna ona odznaczać się jasną, nieskazitelną cerę a do tego uroczym rumieńcem ("...to, co my kobiety uważamy za najważniejsze i pragniemy mieć za wszelką cenę: piękność rumianej cery" - tak o tym mówi Gudrun, jedna z bohaterek Sagi rodu z Laxdalu). Prawdopodobnie zwracano także uwagę na oczy - miały być duże, żywe, błyszczące.

Co do ziem słowiańskich - pewnych wskazówek może dostarczyć etnografia. W "Kulturze ludowej słowian" Kazimierza Moszyńskiego pojawia się informacja o tym, iż kosmetyków "dostarcza głównie świat roślinny, dając ludowi węgiel drzewny do czernienia brwi, oraz różne zioła do wywoływania rumieńców". Cytuje także źródło ruskie pochodzące z przełomu XII i XIII w.: 
"mieli (mężczyźni) po dwie i po trzy kobiety; ponieważ zaś płoche są kobiety, więc na wyprzódki jedna przed drugą poczynały malować twarze na różowo i biało, aby rozbudzić pożądanie w młodzieńcu".
Jasna cera, rumieńce i podkreślone oczy okazują się zatem dosyć uniwersalnym pragnieniem.

Mając takie wytyczne, listę ingrediencji dostępnych we wczesnym średniowieczu oraz kilka przepisów kosmetycznych z późniejszych stuleci, pobawiłam się w tworzenie mazideł, których mogłyby używać kobiety sprzed tysiąca lat.


Podkład
Cera? Oczywiście jasna i gładka. Nie mając do dyspozycji współczesnego pudru, kobiety wczesnego średniowiecza mogły z powodzeniem używać np. odpowiednio spreparowanego słodu. Przepis na taki kosmetyk zawiera XIII wieczny anglo-normański tekst L'ornement des Dames.

"Oto bielidło łatwe do zrobienia. Włóż najczystszą pszenicę do wody na piętnaście dni, następnie zmiel ją i wymieszaj z wodą. Przecedź przez płótno, niech to skrystalizuje i odparuje. Otrzymasz bielidło koloru śniegu. Przed użyciem zmieszaj z wodą różaną i rozprowadź na twarzy, umytej wcześniej ciepłą wodą. Następnie osusz twarz ściereczką."

(Luźne tłumaczenie: moje za angielską wersją ze strony http://mw.mcmaster.ca/scriptorium/ruelle.html)
Za to bielidło jeszcze się nie zabrałam, ale jest następne na mojej liście :)


Barwiczka do ust i policzków
Aby nadać policzkom i ustom przyjemną dla oka czerwień, średniowieczne ślicznotki mogły się posłużyć roślinami znanymi ze swych właściwości barwierskich - np. marzanną barwierską lub alkanetem.
Kosmetyczne właściwości marzanny sprawdziłam już kiedyś - niechcący - przy okazji innego eksperymentu. Barwny osad, który zebrał się na brzegu kociołka używanego do farbowania wełny, okazał się świetną, wytrzymałą szminką. Przy najbliższej okazji mam zamiar powtórzyć ten eksperyment - już świadomie - żeby powiększyć moją kolekcję średniowiecznych barwideł.

Tym razem postanowiłam pobawić się alkanną barwierską. Roślina ta rośnie dziko m.in. w Czechach i na Węgrzech, trudno powiedzieć, czy znana była w Skandynawii, ale prawdopodobnie mogła dotrzeć na tereny ziem polskich.

Do eksperymentu użyłam gęsiego smalcu (ok. 4 łyżki), odrobiny wosku (okruch wielkości dwóch kostek do gry) i dwóch łyżek korzenia alkanny. Podgrzewałam wosk z tłuszczem aż do rozpuszczenia, a następnie wsypałam korzeń i trzymałam całość na małym ogniu przez ok. 40 minut. Potem przecedziłam wywar i zlałam do miski.


Rezultatem jest barwidło o malinowym kolorze, które na skórze pozostawia lekki różowy ślad i połysk. Kolor jest subtelny, w sam raz do delikatnego podkreślania rumieńca, bez efektu "buraczanych policzków". Na ustach natomiast (przynajmniej moich) widać bardziej połysk niż barwę.



Barwiczka do oczu
Kosmetyk w zamierzeniu prosty - ale namęczyłam się przy nim sporo. Użyłam najprostszych, uniwersalnych ingrediencji - węgla drzewnego, wosku i gęsiego smalcu.

Najwięcej czasu zajęło mi utłuczenie kilku kostek węgla drzewnego i przesianie powstałego miału przez kilka sitek i gaz, tak żeby otrzymać jak najdrobniejszy proszek.




Następnie - tak jak przy alkannie - roztopiłam trochę wosku z gęsim smalcem i połączyłam tę mieszaninę z węglem.


Powstałą pastę radośnie zaaplikowałam sobie od razu na powieki. Barwidło okazało się trochę (ale tylko trochę) trudniejsze w użyciu niż współczesne eyelinery. Udało mi się narysować w miarę równe, ciemne kreski. Po pewnym czasie tłuszcz zastygł, co nieco utrudniałoby aplikację - dodałam zatem nieco oleju. Pasta zachowuje teraz półpłynną konsystencję.




A oto makijaż w pełnej krasie :)


6 komentarzy:

  1. Kiedyś Katla się bawiła w robienie czernidła do powiek - skład chyba taki sam. Pomalowałyśmy tym na Dziadach bodajże (albo Yulu?) wszystkie obecne babeczki i większość chłopów :D
    Mi oczywiście się wkruszyło do oka i tyle było makijażu, więc widocznie nie jestem stworzona do malowania powiek, czy to współczesnymi czy dawnymi mazidłami :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było na Dziadach. Lipowy węgiel, bo podobno da się najładniej zmielić na proszek. W warunkach grodowych ciężko było i były grudki węgla w mazidle, też mi leciało do oczu.

      Usuń
    2. Albo może ta porcja była gorzej utarta, bo przecież w moździerzu to było ubijane tak czy siak.
      Mi zaczęły łzawić ślepia od grudek, odruchowo przetarłam i było jeszcze gorzej :D

      Usuń
  2. Ja się panicznie boję paprochów w oku, dlatego przesiałam wszystko najdrobniej jak mogłam (a węgla użyłam zwykłego, drzewnego do grilla). I tak coś tam zostało, ale to są na tyle małe kawałki, że się nie osypują.
    Jeszcze muszę wystrugać jakiś średniowieczny aplikator, bo póki co używałam współczesnego pędzelka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny tekst. Jeszcze tylko niech się znajdzie dowód na tusz do rzęs i będę uradowana ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Post jest naprawdę świetny i bardzo miło jest czytać i uzyskiwać informacje.
    โกลเด้นสล็อต
    สูตรบาคาร่า
    gclub

    OdpowiedzUsuń