poniedziałek, 13 lipca 2015

Prawie na końcu świata, czyli trochę o Orkadach

Dzisiaj będzie podróżniczo. Kilka tygodni temu miałam okazję spełnić jedno ze swoich małych marzeń i pojechać na Orkady. Uwielbiam wszelkie podróże w stylu "wybieramy na mapie najbardziej zapomniany zakątek i jeeedziemyy". A jeśli jeszcze ten zakątek naładowany jest historią, opowieściami, pięknymi krajobrazami...czego chcieć więcej.



Kiedy dotarłam na miejsce, okazało się, że wszystkie elementy powyższego opisu do Orkadów pasują...niemal wszystkie. Może to i wyspy na końcu świata, ale wcale nie zapomniane. W środku lata pełno tam miłośników pieszych wędrówek, pasjonatów zabytków, amatorów wszelkiego rodzaju sportów terenowych, no i archeologów - w  sezonie Orkady biją wszelkie rekordy, jeśli chodzi o liczbę archeologów na jednego mieszkańca. Swoją skromną osobą też powiększyłam statystykę, pojechałam tam bowiem jako wolontariusz - uczestnik projektu The Cairns. Przez większość czasu wytrwale pomagałam w rozkopywaniu zabudowań z epoki żelaza, a niemal wszystkie wolne chwile wykorzystywałam na zwiedzanie.

Orkady to jedno z tych miejsc na ziemi, gdzie wystarczy rzucić kamieniem, a trafi się na zabytek (jest spora szansa na to, że kamień, którym rzucacie, to też jakiś artefakt archeologiczny). Są tam kamienne kręgi, komory grobowe, osady z czasów neolitu, imponująca katedra...

Zafascynowały mnie kamienne kręgi. To całkowicie nie "moja" epoka, ale i tak byłam pod wrażeniem ich potęgi, emanującego z nich uroku...





Niniejszy blog jest jednak o czasach Wikingów, więc wypadałoby się skupić na właściwej epoce :) Wyspy, formalnie będące dziś częścią Wielkiej Brytanii, przez pięć stuleci (IX - XV) podległe były władcom Norwegii. Dziedzictwo skandynawskie stanowi zatem sporą część historii Orkadów.

Miejsce najbardziej znane miłośnikom Wikingów to komora grobowa Maeshowe. Wybudowana w epoce neolitu, przetrwała kolejne wieki, żeby po latach, podczas pewnej śnieżnej zimy, stać się schronieniem dla grupy Skandynawów. Czekając, aż minie zadymka, skracali sobie czas ryciem runicznych napisów i wykonywaniem rysunków. Komorę grobową odwiedzili też ludzie Jarla Rognvalda. Było to już w czasach krucjat, wojownicy, szykując się na wyprawę krzyżową, lub też po powrocie z niej, często odwiedzali komorę grobową, pozostawiając swoje ślady w postaci kolejnych rytów na ścianach.

Napisy są rozmaite - wiele z nich to po prostu krótkie podpisy: "Thorir", "Ofram syn Sigurda wyrył te runy". Są też wzmianki pełne pychy: "mężczyzna, który wyrył te runy, wie więcej o runach niż ktokolwiek inny na zachodzie". Niektóre napisy, budzące wyobraźnię, wspominają zakopany skarb. Inne to mniej lub bardziej romantyczne wzmianki o kobietach i związkach międzyludzkich: "Ingigerth to najpiękniejsza z wszystkich niewiast", "Thorni uprawiał miłość. Helgi wyrył runy".

Napisy runiczne są słabo widoczne - wydobywa je z ciemności dopiero blask latarki przewodnika, ustawionej pod właściwym kątem. Cisza i półmrok wewnątrz grobowca sprawia, że zewnętrzna rzeczywistość wydaje się nierealna - za to świat sprzed wielu stuleci przybliża się na wyciągnięcie ręki.





Kolejne miejsce, które odwiedziłam, to zabytek z czasów zmierzchu epoki Wikingów - katedra św. Magnusa, położona najdalej na północ ze wszystkich katedr Europy. Ta najbardziej imponująca budowla na Orkadach powstała dla uczczenia pamięci Magnusa, jednego z jarlów wysp, słynącego ze swej dobroci i pobożności, zabitego przez kuzyna Haakona. Magnus po śmierci stał się sprawcą licznych cudów i zyskał opinię świętego.

Budowę rozpoczęto w 1137 r. i kontynuowano przez kilka kolejnych stuleci. Powstała w ten sposób mieszanka stylów nie sprawia jednak wrażenia chaotycznej - katedra jest po prostu piękna.




Nie mogłam też ominąć muzeum w Kirkwall. Pośród innych eksponatów znajduje się tam kolekcja dóbr z czasów Wikingów. Niewielka, ale bardzo smaczna. No i jest tam najsłynniejsza średniowieczna deska do prasowania, reprodukowany w setkach prac kawałek wielorybiej kości, rzeźbiony prosto i pięknie jak to tylko Wikingowie potrafili.















Całe to dobro można bez przeszkód fotografować i oglądać nawet z bardzo bliska, z czego, jak widać powyżej, skorzystałam.

Lista zabytków z tej notki zapewne nie zamyka opowieści o Wikingach na Orkadach. Badania naukowe na wyspach cały czas trwają, co roku, a nawet co miesiąc, dokonywane są nowe odkrycia - niektóre przez przypadek, jak wtedy, gdy w rezultacie gwałtownego sztormu z piasku wyłoniła się neolityczna wioska. Kto wie, co mogło znaleźć się pod moim stopami, gdy wędrowałam sobie po wyspach? Nie będę zaskoczona, gdy w przyszłości na Orkadach ktoś odkryje kolejne, interesujące ślady Wikingów.

1 komentarz: