piątek, 6 maja 2016

Klasyka farbiarska: marzanna, rezeda, urzet

Po bardzo wielu eksperymentach z masą roślin farbujących na mniej lub bardziej ciekawe kolory zdecydowałam się zafundować sobie trochę zabawy z klasyką. Farbowanie miało być nie tyle eksperymentalne, ile praktyczne - potrzebne mi były kolorowe nitki do kramiku farbiarskiego na sezon, więc zdecydowałam się na barwniki, które mi te kolory zagwarantują. Użyłam najpopularniejszych barwników ery Wikingów, czyli marzanny, urzetu i rezedy. O tym, jakich kolorów Wikingowie używali najchętniej i skąd je pozyskiwali, pisałam już kiedyś (link tutaj), dziś zatem będzie o samym farbowaniu od strony praktycznej.


Wełniana tęcza - sama natura!

środa, 13 stycznia 2016

Pierwsze farbowanie w Nowym Roku, czyli marzanna na 25 sposobów

For English version see below :)

Na nowy rok kolejna relacja z zabawy farbowaniem wełny w stylu średniowiecznym (a miałam w planach wrzucić notkę na jakiś temat nie związany z barwieniem...). Tym razem o tym, co da się zrobić z korzeniami marzanny barwierskiej - na dwadzieścia pięć sposobów.

Jakiś czas temu znalazłam w Internecie bloga o farbowaniu naturalnym, którego autorka która postanowiła uzyskać całą paletę barw z marzanny stosując rozmaite zaprawy, modyfikacje po barwieniu, itp. Rezultaty wyszły świetne, popatrzyłam, doceniłam i postanowiłam zrobić taką paletę też. Zwłaszcza, że gdzieś skrycie ciągle miałam nadzieję osiągnięcia Czerwieni Doskonałej - która wyszła mi kiedyś czystym przypadkiem, i oczywiście nigdy nie udało mi się jej uzyskać drugi raz. Druga myśl dotyczyła niedawnego nieudanego farbowania marzanną - zamiast czerwieni wełna zafarbowała się na rudy brąz. Ciekawa byłam, jaka substancja odpowiada za tę wpadkę.

W moim eksperymencie postanowiłam zastosować trzy najczęściej używane zaprawy: miedzianą, żelazną i ałunową, a po farbowaniu potraktować motki na cztery różne sposoby: zostawić bez żadnej modyfikacji, użyć żelaza, miedzi lub zasady. Ponieważ słyszałam i czytałam sporo o wpływie kredy na farbowanie marzanną, postanowiłam sprawdzić to także. Dlatego zaplanowałam dwie kąpiele barwiące, jedną z użyciem kredy, a drugą bez.
Jak łatwo policzyć, do tych kombinacji potrzebowałam 24 motków wełny - użyłam jeszcze jednego, który chciałam zafarbować w samej marzannie, bez żadnych dodatków i zapraw.

No i któregoś pięknego dnia ruszyłam. Fajnie zrobiło się już na etapie zaprawiania - ałun, owszem, jest bezbarwny, ale zastosowanie żelaza daje przyjemny pomarańcz, a miedzi - uroczą, jasną zieleń. Przez moment kusiło mnie, żeby tak tę wełnę zostawić...

Od lewej: wełna zaprawiana żelazem, miedzią i ałunem
Oparłam się pokusie i działałam dalej. Przygotowałam wywar, metodą kombinowaną, czyli pozbieraną z różnych przepisów znalezionych w Internecie i książkach - korzenie marzanny, zalane kilka dni wcześniej wodą, przecedziłam, dodałam świeżej wody i podgrzewałam przez pół godziny. Do takiego wywaru wrzuciłam połowę wełny, trzymałam przez godzinę, a potem część zostawiłam, a część przełożyłam do innych naczyń i potraktowałam różnymi dziwnymi substancjami.
Uff... cała ta akcja zajęła mi cały dzień, a to jeszcze nie był koniec - następnego dnia powtórzyłam wszystkie kroki, z tą tylko różnicą, że do wody dodałam kredy. Kreda była mistyczna, zbierana z wapiennych skałek nieopodal pozostałości gródka z epoki żelaza i miałam cichą nadzieję na jakieś super efekty :) Rozdrobniłam ją na ile się dało w moździerzu i wsypałam do wywaru.

Kreda prosto z Kentu :)

Po całej akcji, która zajęła dwa dni, dosuszałam wełnę przez kolejne kilka, aż wreszcie pozbyłam się wilgoci i mogłam ostatecznie ocenić kolory.
Wyszły bardzo ciekawie - cały przekrój brązów w każdym możliwym odcieniu, do tego rudości, róże i ceglaste czerwienie (Czerwieni Doskonałej niestety ciągle brak).

A oto i one:

Wełna zaprawiana żelazem.
Górny rząd: z dodatkiem kredy, dolny rząd - bez dodatku kredy.
Modyfikacja po farbowaniu, od lewej: żelazo, miedź, zasada, bez modyfikacji.


Wełna zaprawiana miedzią.
Górny rząd: z dodatkiem kredy, dolny rząd - bez dodatku kredy.
Modyfikacja po farbowaniu, od lewej: żelazo, miedź, zasada, bez modyfikacji.


Wełna zaprawiana ałunem.
Górny rząd: z dodatkiem kredy, dolny rząd - bez dodatku kredy.
Modyfikacja po farbowaniu, od lewej: żelazo, miedź, zasada, bez modyfikacji.
Wełna na górze - farbowanie bez modyfikacji, bez zapraw.
Środkowy rząd z dodatkiem kredy, dolny rząd - bez dodatku kredy.
W każdym rzędzie od lewej: 4 motki zaprawione żelazem (modyfikacja: żelazo, miedź, zasada, brak), 4 zaprawione miedzią (modyfikacja: żelazo, miedź, zasada, brak), 4 zaprawione ałunem (modyfikacja: żelazo, miedź, zasada, brak).

Cała paleta ponownie na innym tle, dla porównania. Układ przędzy ten sam.
Wełna na górze - farbowanie bez modyfikacji, bez zapraw. Środkowy rząd z dodatkiem kredy, dolny rząd - bez dodatku kredy. W każdym rzędzie od lewej: 4 motki zaprawione żelazem (modyfikacja: żelazo, miedź, zasada, brak), 4 zaprawione miedzią (modyfikacja: żelazo, miedź, zasada, brak), 4 zaprawione ałunem (modyfikacja: żelazo, miedź, zasada, brak).
Wnioski?
Bardzo fajnie widać, w jaki sposób różne zaprawy i modyfikatory wpływają na zabarwienie. Rezultat barwienia samą marzanną widać na górze. Motek "zero" bez żadnych dodatków przed, po i w trakcie farbowania ma kolor zaledwie bladoróżowy. Ale gdy wsypiemy do kotła różne dziwne ingrediencje... Dodatek żelaza daje ciekawe, głębokie brązy z lekkim odcieniem fioletu, z miedzią można otrzymać bardziej zróżnicowaną gamę kolorów - rudości, beże - a ałum z kolei to pomarańcze i czerwienie. Wydaje się, że większy wpływ na kolor ma wstępna zaprawa niż późniejsza modyfikacja.

Bardzo polecam eksperymenty z zaprawą żelazową i późniejszą modyfikacją w zasadzie - co prawda ja otrzymałam ledwie słaby cień fioletu, ale i w Internecie, i w książkach o farbowaniu z takiego zestawienia wychodzi naprawdę ciekawy odcień oberżyny. Może Wam też wyjdzie?

Trochę mnie zaskoczyły efekty barwienia w wodzie z dodatkiem kredy i bez dodatku - rzeczywiście wpłynęła na intensywność kolorów, ale...głównie brązów i rudości, ogólnie wszędzie tam, gdzie występowała miedź i żelazo jako zaprawa albo modyfikator. Tam, gdzie dodałam kredy, barwy są głębsze, intensywniejsze. Ale w przypadku czerwieni prawie nie widać różnicy. Popatrzcie na dwa ostatnie motki z każdego rzędu z prawej, gdzie zastosowałam tylko ałun i/lub zasadę - tu górne i dolne są niemal identyczne. Hm, czyżby kreda i ałun w jakiś sposób się nie lubiły/nie reagowały ze sobą/znosiły się?

No i niestety wciąż nie mam receptury na czerwień doskonałą. Kiedyś wydawało mi się, że wpływ miała miedź, ale eksperyment dowiódł, że to jednak nie o to chodzi... Ale mam już parę następnych pomysłów, a gdy je zrealizuję, nie omieszkam się podzielić rezultatami :)

Here you have result of my big experiment - dyeing with madder for so many ways as it is possible :) I have used three mordants: iron, copper and alum, and three modifyers: iron, copper, alkaline and I have also left some wool not modifyed. I also wanted to check influence of lime for colour, so I repeat dyeing twice: first with add of lime and second without.
Results on picture below:


0 - pure madder, no mordants neither modifyers.

First row with lime added.
1 - 4 iron mordant (modifyed by: 1 - iron, 2 - copper, 3 - alkaline, 4 - nothing), 5 - 8 copper mordant (modifyed by: 5 - iron, 6 - copper, 7 - alkaline, 8 - nothing), 9 - 12 alum mordant (modifyed by: 9 - iron, 10 - copper, 11 - alkaline, 12 - nothing).

Second row without lime added.
13 - 16 iron mordant (modifyed by: 13 - iron, 14 - copper, 15 - alkaline, 16 - nothing), 17 - 20 copper mordant (modifyed by: 17 - iron, 18 - copper, 19 - alkaline, 20 - nothing), 21 - 24 alum mordant (modifyed by: 21 - iron, 22 - copper, 23 - alkaline, 24 - nothing).


środa, 2 grudnia 2015

Wielki błękit, czyli farbowanie urzetem

For English version see below :)
Dzisiaj notka autopochwalna. Wreszcie wyszło mi farbowanie na niebiesko :)


Niebieski to jeden z bardziej tajemniczych, trudniejszych kolorów - o ile w większości wypadków farbowanie roślinne można sprowadzić do schematu - "wrzucić roślinki do gara, podgrzać, wrzucić wełnę do gara, podgrzać po raz drugi" to z niebieskim sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Dla wczesnego średniowiecza sprawa uzyskania tego koloru sprowadza się właściwie do wyciągnięcia barwy z urzetu. Przy tym kluczową kwestią jest redukcja barwnika (indygotyny) do jego rozpuszczalnej formy. Tradycyjny sposób to fermentacja w kadzi, przy użyciu takich ingrediencji jak np. korzenie marzanny, otręby czy ług. Współcześnie proces można wymusić i przyspieszyć metodami chemicznymi.

Kiedy zabrałam się za urzet, marzył mi się eksperyment "od ziarenka". Kupiłam nasionka, zasiałam, gdy trochę wykiełkowały, przesadziłam do doniczek... i tu pierwsza uwaga. Urzet zasadniczo nie jest trudny w uprawie (na pewno nie jest, skoro tak upośledzonej ogrodniczo osobie jak ja udało się go wyhodować :)), ale wymaga strasznie dużo przestrzeni - trzymanie go w doniczkach nie ma większego sensu, o czym się boleśnie przekonałam, gdy zaczął mi żółnąć i więdnąć. Zgodnie z poradami dziewczyn z grupy "Farbowanie naturalne" na facebooku przesadziłam go do ogródka - o to chodziło, dosyć szybko odżył. Wkrótce potem okazało się, że zrobiłam ogromną przysługę okolicznym ślimakom - zeżarły mi w ekspresowym tempie jedną trzecią grządki. Na szczęście rośliny były już dosyć duże, więc zamiast prowadzić walkę z wiatrakami po prostu zebrałam resztę urzetu.

O przygotowaniu liści, suszeniu kul barwnika i przygotowaniu kadzi nie będę się rozpisywać, zamiast tego odsyłam do świetnej strony http://www.woad.org.uk/ z masą praktycznych porad na temat każdegu etapu farbowania urzetem. Nastawiłam kadź według przepisu na tejże stronie, niestety jednak, mimo iż odważyłam wszystkie składniki co do grama, z jedną rzeczą miałam problem - utrzymaniem temperatury. O kluczowe dla sukcesu 50 stopni najłatwiej jest latem w szklarni, trzymanie przy kaloryferze i owijanie kocami jest zbyt karkołomne i niekoniecznie gwarantuje sukces. Po kilku tygodniach, kiedy zawartość gara nadal nie wyglądała tak jak powinna, a jedyne, co uzyskałam, to nieziemski smród, postanowiłam się poddać i tym razem pójść na skróty, czyli zastosować metodę chemiczną.

Ponownie skorzystałam z jednego z przepisów z woad.org.uk. Z zaciśniętymi zębami odmierzałam składniki najdokładniej jak mogłam, pilnowałam temperatury i pH, i co...? Na początku nic, płyn wyglądał zupełnie inaczej niż w opisie na stronie, wełna się nie barwiła, a pH było uparcie zbyt kwaśne. Zgodnie z poradą strony w tym momencie powinnam użyć więcej spektralitu, co też uczyniłam. Nie zadziałało. Musiałam być mocno spanikowana, bo oczywiste rozwiązanie, czyli dodanie zasady, przyszło mi do głowy dopiero po chwili. I w końcu bum, wrzuciłam kawałek wełny, wyjęłam i wtedy nastąpił cud - ociekająca początkowo na jasnozielono nitka po kilku sekundach zaczęła zmieniać kolor na jasny błękit. Nie powiem, łezka zakręciła mi się w oku :)

Teraz mogłam już działać. Kadź okazała się nadspodziewanie wydajna, wrzuciłam 200 g wełny, które miałam w planach, a ona nadal farbowała... Trochę mnie poniosło, i po kilku minutach racjonalnych działań zaczęłam wrzucać wszystko co popadnie. W ten sposób uzyskałam śliczną bijącą bo oczach zieleń (z tych co to nie da się...). Tak na marginesie napomknę że nie wyszedł mi za to planowany fiolet - pomarańczowa marzannowa nitka zamiast zmienić barwę na odcień purpury zabarwiła się na brązowo. Ot, zagadka.
Z wełny barwionej tylko urzetem mam całą kolekcję ślicznych błękitów.

Od lewej: urzet, urzet+kwiaty wrotyczu, urzet+marzanna

Dodam jeszcze, że spróbowałam sprawdzić krążącą po internetach teorię, jakoby nie działało uzyskiwanie zieleni metodą przefarbowywania błękitnej nitki na żółto. Małą próbkę wrzuciłam do wrotyczu i potwierdzam - rzeczywiście nie działa :) Cały żywy błękit gdzieś się stracił, została ciemna, zgniła zieleń. Wydaje się, że barwnik po prostu się rozkłada w zbyt wysokich temperaturach (a zwykle przy barwieniu roślinnym używa się temperatury ok. 80 - 100 C), ale nie jestem tego stuprocentowo pewna, czy jest na sali chemik?

Łączenie kolorów i w ogóle całość farbowania urzetem jest tak świetną zabawą, że chcę jej próbować jeszcze i jeszcze. A latem spróbuję ponownie metody kadziowej, plus jeszcze tej z użyciem uryny (zebranie kilkunastu litrów moczu nie będzie najłatwiejsze, ale dla chcącego...)
A tu jeszcze trochę farbowania:





(teoria na podstawie: J. Edmonds, The history of woad and the medieval woad vat, 1998)

Finally I have managed to get proper blue from woad :) Woad is only possible plant for Early Medieval reenactors, if the want to get some nice blue. Luckily it is not so hard as I expected.
At the beginning I tried grow some woad myself - it is not so complicated, but remember about big space for your plants (first I've put them in pots, but when they started dyeing, I need quickly replant them to the garden - it saved them). To use woad as a dye, you need form it in balls - it was not so hard - but unfortunately I failed in making proper vat (it seems that greenhouse and summer are necessery and it cannot be replaced by using heaters and wrapping in wool blankets). Finally I used chemical way - recipe from http://www.woad.org.uk/.
From my little experience I can say that very important thing is paying attention for the right pH - so be prepared to use much more alkaline than in recipe in site.
I've also managed to get some green - I have used wool previously dyed on yellow with use of tansy flowers and birch leaves.

wtorek, 14 lipca 2015

Zielono mi

Wyjmując ostatnio farbowanki z garnka, czuję się, jak pierwsi klienci Forda - mogę sobie życzyć dowolnego koloru, a i tak otrzymam zielony. Nie narzekam jednak za bardzo, bo niektóre z tych odcieni są naprawdę ładne.


Kilka spontanicznych eksperymentów przeprowadziłam na imprezie w Lądzie (obszerną relację z imprezy zamieścili Żywia i Mojmir na swoim blogu). W moim garze wylądowały liście czarnego bzu i glistnik jaskółcze ziele. Glistnik dał kolory takie-sobie-zielskowe (czytaj: burozielone), ale z czarnego bzu w połączeniu z żelazem otrzymałam naprawdę ciekawy odcień ciemnej zieleni. Do powtórzenia zdecydowanie!

Po lewej: wełna farbowana zielem glistnika, po prawej: farbowana liśćmi czarnego bzu

Kolejną okazję do eksperymentów miałam w ostatni weekend.
Chwalony przez inne farbiarki na facebooku barwnik z liści wrotyczu w moim wypadku też się sprawdził - wspomagając się miedzią otrzymałam fajną, żywą zieleń. Nawet wrzucony do gara len trochę złapał kolor: teraz jest pistacjowy. Z kolei kawałek wełnianej tkaniny, która startowo była szarobura, po farbowaniu ma sympatyczny kolor oliwkowy.






Tu mała dygresja: po raz pierwszy miałam okazję pobawić się miedzią nie w postaci monet czy gara, ale w czystej formie niebieskich kryształków. Działanie jest piorunujące - mała łyżeczka natychmiast zmieniła odcień barwnika z żółci na ciemną zieleń. Zastanawiałam się, czy ten kolor wyjdzie też na wełnie. W rezultacie okazało się jednak, że zmiana nie jest aż tak radykalna - po prostu różnica w tonie. A siła zabarwienia zależy od barwnika podstawowego, jeśli bazowy barwnik jest słaby, miedź nie nada mu intensywności. Przekonałam się o tym przy drugim eksperymencie, z zielonymi owocami bzu czarnego. Teoretycznie w połączeniu z miedzią powinnam z nich uzyskać kolor seledynowy. To, co otrzymałam, to bardzo delikatny, jasny odcień zieleni - współcześnie może być nawet uważany za ładny, lecz we wczesnym średniowieczu tak barwę uznano by zapewne za niewartą wysiłku.

A oto cała paleta:
Od góry - wełna farbowana:
 - liśćmi czarnego bzu
 - liśćmi wrotyczu
 - niedojrzałymi owocami czarnego bzu

poniedziałek, 13 lipca 2015

Prawie na końcu świata, czyli trochę o Orkadach

Dzisiaj będzie podróżniczo. Kilka tygodni temu miałam okazję spełnić jedno ze swoich małych marzeń i pojechać na Orkady. Uwielbiam wszelkie podróże w stylu "wybieramy na mapie najbardziej zapomniany zakątek i jeeedziemyy". A jeśli jeszcze ten zakątek naładowany jest historią, opowieściami, pięknymi krajobrazami...czego chcieć więcej.



środa, 27 maja 2015

Zabawy średniowiecznym makijażem :)

Dzisiaj odpoczniemy trochę od igły i wełny i zajrzymy do kuferka średniowiecznej ślicznotki. W końcu idzie lato, czas wypraw, spotkań z przyjaciółmi i wrogami. Trzeba rozprostować zgarbione nad robótką plecy, wdziać nowe suknie, założyć błyszczące ozdoby, rozczesać włosy...

Nałożyć makijaż? Współcześnie - oczywiście, podobnie jak w kilku innych epokach, od starożytnego Egiptu (a może wcześniej) zaczynając. A jak to wyglądało (lub mogło wyglądać) we wczesnym średniowieczu? Z przemyśleń na ten temat urodziła mi się dzisiejsza notka.

"Średniowieczne" kosmetyki - tak to wygląda na skórze :)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Igłowe skarpetki - tutorial/Naalbinding socks - tutorial

Po długiej przerwie wracam z odrobiną rękodzielnictwa. Przy okazji jednej z ostatnich naalbindingowych robótek stworzyłam mały tutorial - dla wszystkich zagubionych dusz szukających w otchłaniach Internetu informacji "jak zrobić na igle skarpetki".

Welcome again after long break :) Today something about craft again - in this time little tutorial about making naalbinding socks.