poniedziałek, 17 marca 2014

Tęcza Średniowiecza: czerwony po raz drugi

Dzisiaj małe postscriptum do farbowania na czerwono.
W kwestii farbowania poczułam się ostatnio jak bohater przygodówki z lat mojego dzieciństwa. Pamiętacie te stare gry, w których łączyło się dwie, zupełnie nieprzydatne osobno rzeczy, żeby osiągnąć pożądany cel? Brakowało mi miedzianego garnka, ale za to w portfelu nosiłam sterty miedzianego złomu - czyli angielskich najdrobniejszych monet, które są praktycznie bezwartościowe. No cóż, po pewnym czasie skojarzyłam te dwa fakty, i zaczęłam wreszcie w moich farbowaniach eksperymentować z dodatkiem miedzi.

Efekty :)

Zostało mi na szczęście jeszcze trochę korzenia marzanny, więc postanowiłam się pobawić wreszcie tak jak Bogowie i pani Tuszyńska przykazali - czyli uzupełnić ostatnio zastosowany przeze mnie przepis o garść miedziaków. Sypnęłam je do gara zaraz na początku farbowania, tuż po rozbełtaniu namoczonej marzanny.

Oprócz tego zmieniłam proporcje farbowanych materiałów i barwidła: niezamierzenie, po prostu dopiero gdy sypnęłam resztkę korzenia, zorientowałam się, że ta "resztka" to mniej więcej 60 g. Wszystkiego co wrzuciłam do gara, miałam zaś ok 40 g. Na to złożyło się 36 g wełny z owcy górskiej, mała próbka owcy norweskiej, kawałek lnu i trochę owczego runa (dwa ostatnie wrzuciłam trochę na zasadzie "zobaczymy, co z tego będzie").
Nie wiedziałam, co wyjdzie mi z tego eksperymentu, ale liczyłam, że w najgorszym razie ceglasta ni to czerwień ni to pomarańcz jak ostatnio.

Wełenka zaczęła wyglądać obiecująco już w trakcie farbowania.


Zdjęcie oddaje kolorek całkiem nieźle - wyciągałam na łyżce taką bijącą po oczach czerwień. No ale to mokre, całe w wywarze, więc nie podniecałam się jeszcze specjalnie.

Podniecać się mogłam za to już następnego dnia rano, kiedy to wszystko wyjęłam, przepłukałam w wodzie z octem i podsuszyłam. Nie wiem co miało decydujące znaczenie, czy dodatek miedzi, czy proporcja barwnika do materiałów, czy użyta woda: deszczówka (tak dobrze odstała, że zaczęła w niej już powstawać cywilizacja). Ale udało mi się wreszcie uzyskać czerwień!

Może nie jest to jeszcze ten idealny wymarzony odcień, ale już prawie, prawie...
Najfajniej wygląda przędza od górali, która nabrała odcienia ciemnej czerwieni (taka krew żylna :P) Runo zabarwiło się na podobny odcień (i ku mojej uldze, wcale się nie sfilcowało). Za to mała próbka, przędza z tegoż runa właśnie, pofarbowała się nieco jaśniej i jakby bardziej na pomarańczowo. Dlaczego? Ot, zagadka.

Próbki niebarwione i farbowane: u góry - przędza z owiec "górskich",
u dołu po lewej: przędza z owcy norweskiej, po prawej:
runo z owcy norweskiej.

A len stał się różowy :) Różowy w takim delikatnym niemowlęcym odcieniu.

Po lewej: len niebarwiony, po prawej: farbowany.

Poniżej porównanie z efektami farbowania bez miedzi:

U góry po lewej: barwienie z dodatkiem miedzi, reszta: bez dodatku.


Górny rząd: wełna niefarbowana, wełna farbowana bez
dodatku (2 próbki), farbowana z dodatkiem miedzi.
U dołu: wełna farbowana z dodatkiem miedzi.

2 komentarze:

  1. Eeee?!
    A ja jak dodawałam miedzi to mi brązowy wychodził, co mnie skutecznie wyleczyło z jej stosowania :/ Ale duże stężenie barwnika faktycznie podobno pomaga, ty miałaś go naprawdę sporo w stosunku do barwionego materiału :) Co za nieekonomiczny barwnik ;)
    A poza tym gratulacje! Bardzo ładne odcienie, mi nigdy takie nie wyszły, ale ja zwykle farbuję większe ilości i poszłabym z torbami na marzannę :/

    OdpowiedzUsuń
  2. A dziękuję :) Ja farbuję sobie małe ilości w ramach eksperymentu, więc mogę szaleć z barwnikiem :) Z tą ekonomią nie będzie aż tak źle, wrzucę do wywaru jeszcze parę motków (i będę miała stertę wełny w różnych odcieniach pomarańczowego:))

    OdpowiedzUsuń