wtorek, 13 czerwca 2017

Dzieje się, czyli małe uaktualnienie

Nie pisałam tu nic od mniej więcej roku. Trochę to efekt uboczny różnych życiowych pierepałów, trochę rezultat mojej skłonności to robienia miliona rzeczy równocześnie. Jednakowoż tęsknię do pisania o średniowieczu i nie mam zamiaru bloga porzucać.
A ponieważ niektóre z tych miliona dziejących się rzeczy mają jednak związek ze średniowieczem (i średniowiecznym rzemiosłem) jest szansa, że będziecie nimi zainteresowani :) Oto krótka informacja o Tym, Co Się Dzieje:

 - jak pewnie część z Was wie, moja obsesja na temat farbowania naturalnego kwitnie i owocuje :) Owocuje w postaci książki wydawanej we współpracy z Fundacją Patrimonium, wzbogaconej o ilustracje od Magdaleny Zawadzkiej-Sołtysek i zdjęcia nie tylko z moich zasobów, ale także te, którymi wspaniałomyślnie podzielili się inni farbiarze: Helfi z Anną (http://lepiglina.com/) i Urien z Nigdziekolwiek.
Uprzedzając pytanie: prace nad książką są mocno zaawansowane, ale nie znamy jeszcze dokładnego terminu wydania. Bieżące informacje, wyniki różnych eksperymentów, które robię po drodze i całą masę innych informacji okołobarwierskich możecie znaleźć na fanpage: https://www.facebook.com/teczasredniowiecza.

 - nieco w oderwaniu od powyższego, trochę bliżej ziemi: założyłam mini-firmę. "Firma" to dużo powiedziane, ale zostałam wędrownym średniowiecznym farbiarzem, z pokazami, warsztatami, wełną na sprzedaż, itp. Ponieważ mieszam daleko od Polski (w pięknym Kencie), działam (póki co) na terenie Anglii i strona także jest po angielsku, ale zapraszam do odwiedzin: https://medieval-colours.co.uk/. Fanpage: https://www.facebook.com/MedievalColours/.

i, last but not least, sam blog także ma swoją stronę fejsbukową (dwujęzyczną), na której od czasu do czasu także wrzucam różne ciekawostki związane z życiem codziennym we wczesnym średniowieczu: https://www.facebook.com/dlugidom/. Zapraszam!

piątek, 6 maja 2016

Klasyka farbiarska: marzanna, rezeda, urzet

Po bardzo wielu eksperymentach z masą roślin farbujących na mniej lub bardziej ciekawe kolory zdecydowałam się zafundować sobie trochę zabawy z klasyką. Farbowanie miało być nie tyle eksperymentalne, ile praktyczne - potrzebne mi były kolorowe nitki do kramiku farbiarskiego na sezon, więc zdecydowałam się na barwniki, które mi te kolory zagwarantują. Użyłam najpopularniejszych barwników ery Wikingów, czyli marzanny, urzetu i rezedy. O tym, jakich kolorów Wikingowie używali najchętniej i skąd je pozyskiwali, pisałam już kiedyś (link tutaj), dziś zatem będzie o samym farbowaniu od strony praktycznej.


Wełniana tęcza - sama natura!

środa, 13 stycznia 2016

Pierwsze farbowanie w Nowym Roku, czyli marzanna na 25 sposobów

For English version see below :)

Na nowy rok kolejna relacja z zabawy farbowaniem wełny w stylu średniowiecznym (a miałam w planach wrzucić notkę na jakiś temat nie związany z barwieniem...). Tym razem o tym, co da się zrobić z korzeniami marzanny barwierskiej - na dwadzieścia pięć sposobów.

Jakiś czas temu znalazłam w Internecie bloga o farbowaniu naturalnym, którego autorka która postanowiła uzyskać całą paletę barw z marzanny stosując rozmaite zaprawy, modyfikacje po barwieniu, itp. Rezultaty wyszły świetne, popatrzyłam, doceniłam i postanowiłam zrobić taką paletę też. Zwłaszcza, że gdzieś skrycie ciągle miałam nadzieję osiągnięcia Czerwieni Doskonałej - która wyszła mi kiedyś czystym przypadkiem, i oczywiście nigdy nie udało mi się jej uzyskać drugi raz. Druga myśl dotyczyła niedawnego nieudanego farbowania marzanną - zamiast czerwieni wełna zafarbowała się na rudy brąz. Ciekawa byłam, jaka substancja odpowiada za tę wpadkę.

W moim eksperymencie postanowiłam zastosować trzy najczęściej używane zaprawy: miedzianą, żelazną i ałunową, a po farbowaniu potraktować motki na cztery różne sposoby: zostawić bez żadnej modyfikacji, użyć żelaza, miedzi lub zasady. Ponieważ słyszałam i czytałam sporo o wpływie kredy na farbowanie marzanną, postanowiłam sprawdzić to także. Dlatego zaplanowałam dwie kąpiele barwiące, jedną z użyciem kredy, a drugą bez.
Jak łatwo policzyć, do tych kombinacji potrzebowałam 24 motków wełny - użyłam jeszcze jednego, który chciałam zafarbować w samej marzannie, bez żadnych dodatków i zapraw.

No i któregoś pięknego dnia ruszyłam. Fajnie zrobiło się już na etapie zaprawiania - ałun, owszem, jest bezbarwny, ale zastosowanie żelaza daje przyjemny pomarańcz, a miedzi - uroczą, jasną zieleń. Przez moment kusiło mnie, żeby tak tę wełnę zostawić...

Od lewej: wełna zaprawiana żelazem, miedzią i ałunem
Oparłam się pokusie i działałam dalej. Przygotowałam wywar, metodą kombinowaną, czyli pozbieraną z różnych przepisów znalezionych w Internecie i książkach - korzenie marzanny, zalane kilka dni wcześniej wodą, przecedziłam, dodałam świeżej wody i podgrzewałam przez pół godziny. Do takiego wywaru wrzuciłam połowę wełny, trzymałam przez godzinę, a potem część zostawiłam, a część przełożyłam do innych naczyń i potraktowałam różnymi dziwnymi substancjami.
Uff... cała ta akcja zajęła mi cały dzień, a to jeszcze nie był koniec - następnego dnia powtórzyłam wszystkie kroki, z tą tylko różnicą, że do wody dodałam kredy. Kreda była mistyczna, zbierana z wapiennych skałek nieopodal pozostałości gródka z epoki żelaza i miałam cichą nadzieję na jakieś super efekty :) Rozdrobniłam ją na ile się dało w moździerzu i wsypałam do wywaru.

Kreda prosto z Kentu :)

Po całej akcji, która zajęła dwa dni, dosuszałam wełnę przez kolejne kilka, aż wreszcie pozbyłam się wilgoci i mogłam ostatecznie ocenić kolory.
Wyszły bardzo ciekawie - cały przekrój brązów w każdym możliwym odcieniu, do tego rudości, róże i ceglaste czerwienie (Czerwieni Doskonałej niestety ciągle brak).

A oto i one:

Wełna zaprawiana żelazem.
Górny rząd: z dodatkiem kredy, dolny rząd - bez dodatku kredy.
Modyfikacja po farbowaniu, od lewej: żelazo, miedź, zasada, bez modyfikacji.


Wełna zaprawiana miedzią.
Górny rząd: z dodatkiem kredy, dolny rząd - bez dodatku kredy.
Modyfikacja po farbowaniu, od lewej: żelazo, miedź, zasada, bez modyfikacji.


Wełna zaprawiana ałunem.
Górny rząd: z dodatkiem kredy, dolny rząd - bez dodatku kredy.
Modyfikacja po farbowaniu, od lewej: żelazo, miedź, zasada, bez modyfikacji.
Wełna na górze - farbowanie bez modyfikacji, bez zapraw.
Środkowy rząd z dodatkiem kredy, dolny rząd - bez dodatku kredy.
W każdym rzędzie od lewej: 4 motki zaprawione żelazem (modyfikacja: żelazo, miedź, zasada, brak), 4 zaprawione miedzią (modyfikacja: żelazo, miedź, zasada, brak), 4 zaprawione ałunem (modyfikacja: żelazo, miedź, zasada, brak).

Cała paleta ponownie na innym tle, dla porównania. Układ przędzy ten sam.
Wełna na górze - farbowanie bez modyfikacji, bez zapraw. Środkowy rząd z dodatkiem kredy, dolny rząd - bez dodatku kredy. W każdym rzędzie od lewej: 4 motki zaprawione żelazem (modyfikacja: żelazo, miedź, zasada, brak), 4 zaprawione miedzią (modyfikacja: żelazo, miedź, zasada, brak), 4 zaprawione ałunem (modyfikacja: żelazo, miedź, zasada, brak).
Wnioski?
Bardzo fajnie widać, w jaki sposób różne zaprawy i modyfikatory wpływają na zabarwienie. Rezultat barwienia samą marzanną widać na górze. Motek "zero" bez żadnych dodatków przed, po i w trakcie farbowania ma kolor zaledwie bladoróżowy. Ale gdy wsypiemy do kotła różne dziwne ingrediencje... Dodatek żelaza daje ciekawe, głębokie brązy z lekkim odcieniem fioletu, z miedzią można otrzymać bardziej zróżnicowaną gamę kolorów - rudości, beże - a ałum z kolei to pomarańcze i czerwienie. Wydaje się, że większy wpływ na kolor ma wstępna zaprawa niż późniejsza modyfikacja.

Bardzo polecam eksperymenty z zaprawą żelazową i późniejszą modyfikacją w zasadzie - co prawda ja otrzymałam ledwie słaby cień fioletu, ale i w Internecie, i w książkach o farbowaniu z takiego zestawienia wychodzi naprawdę ciekawy odcień oberżyny. Może Wam też wyjdzie?

Trochę mnie zaskoczyły efekty barwienia w wodzie z dodatkiem kredy i bez dodatku - rzeczywiście wpłynęła na intensywność kolorów, ale...głównie brązów i rudości, ogólnie wszędzie tam, gdzie występowała miedź i żelazo jako zaprawa albo modyfikator. Tam, gdzie dodałam kredy, barwy są głębsze, intensywniejsze. Ale w przypadku czerwieni prawie nie widać różnicy. Popatrzcie na dwa ostatnie motki z każdego rzędu z prawej, gdzie zastosowałam tylko ałun i/lub zasadę - tu górne i dolne są niemal identyczne. Hm, czyżby kreda i ałun w jakiś sposób się nie lubiły/nie reagowały ze sobą/znosiły się?

No i niestety wciąż nie mam receptury na czerwień doskonałą. Kiedyś wydawało mi się, że wpływ miała miedź, ale eksperyment dowiódł, że to jednak nie o to chodzi... Ale mam już parę następnych pomysłów, a gdy je zrealizuję, nie omieszkam się podzielić rezultatami :)

Here you have result of my big experiment - dyeing with madder for so many ways as it is possible :) I have used three mordants: iron, copper and alum, and three modifyers: iron, copper, alkaline and I have also left some wool not modifyed. I also wanted to check influence of lime for colour, so I repeat dyeing twice: first with add of lime and second without.
Results on picture below:


0 - pure madder, no mordants neither modifyers.

First row with lime added.
1 - 4 iron mordant (modifyed by: 1 - iron, 2 - copper, 3 - alkaline, 4 - nothing), 5 - 8 copper mordant (modifyed by: 5 - iron, 6 - copper, 7 - alkaline, 8 - nothing), 9 - 12 alum mordant (modifyed by: 9 - iron, 10 - copper, 11 - alkaline, 12 - nothing).

Second row without lime added.
13 - 16 iron mordant (modifyed by: 13 - iron, 14 - copper, 15 - alkaline, 16 - nothing), 17 - 20 copper mordant (modifyed by: 17 - iron, 18 - copper, 19 - alkaline, 20 - nothing), 21 - 24 alum mordant (modifyed by: 21 - iron, 22 - copper, 23 - alkaline, 24 - nothing).


środa, 2 grudnia 2015

Wielki błękit, czyli farbowanie urzetem

For English version see below :)
Dzisiaj notka autopochwalna. Wreszcie wyszło mi farbowanie na niebiesko :)


Niebieski to jeden z bardziej tajemniczych, trudniejszych kolorów - o ile w większości wypadków farbowanie roślinne można sprowadzić do schematu - "wrzucić roślinki do gara, podgrzać, wrzucić wełnę do gara, podgrzać po raz drugi" to z niebieskim sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Dla wczesnego średniowiecza sprawa uzyskania tego koloru sprowadza się właściwie do wyciągnięcia barwy z urzetu. Przy tym kluczową kwestią jest redukcja barwnika (indygotyny) do jego rozpuszczalnej formy. Tradycyjny sposób to fermentacja w kadzi, przy użyciu takich ingrediencji jak np. korzenie marzanny, otręby czy ług. Współcześnie proces można wymusić i przyspieszyć metodami chemicznymi.

Kiedy zabrałam się za urzet, marzył mi się eksperyment "od ziarenka". Kupiłam nasionka, zasiałam, gdy trochę wykiełkowały, przesadziłam do doniczek... i tu pierwsza uwaga. Urzet zasadniczo nie jest trudny w uprawie (na pewno nie jest, skoro tak upośledzonej ogrodniczo osobie jak ja udało się go wyhodować :)), ale wymaga strasznie dużo przestrzeni - trzymanie go w doniczkach nie ma większego sensu, o czym się boleśnie przekonałam, gdy zaczął mi żółnąć i więdnąć. Zgodnie z poradami dziewczyn z grupy "Farbowanie naturalne" na facebooku przesadziłam go do ogródka - o to chodziło, dosyć szybko odżył. Wkrótce potem okazało się, że zrobiłam ogromną przysługę okolicznym ślimakom - zeżarły mi w ekspresowym tempie jedną trzecią grządki. Na szczęście rośliny były już dosyć duże, więc zamiast prowadzić walkę z wiatrakami po prostu zebrałam resztę urzetu.

O przygotowaniu liści, suszeniu kul barwnika i przygotowaniu kadzi nie będę się rozpisywać, zamiast tego odsyłam do świetnej strony http://www.woad.org.uk/ z masą praktycznych porad na temat każdegu etapu farbowania urzetem. Nastawiłam kadź według przepisu na tejże stronie, niestety jednak, mimo iż odważyłam wszystkie składniki co do grama, z jedną rzeczą miałam problem - utrzymaniem temperatury. O kluczowe dla sukcesu 50 stopni najłatwiej jest latem w szklarni, trzymanie przy kaloryferze i owijanie kocami jest zbyt karkołomne i niekoniecznie gwarantuje sukces. Po kilku tygodniach, kiedy zawartość gara nadal nie wyglądała tak jak powinna, a jedyne, co uzyskałam, to nieziemski smród, postanowiłam się poddać i tym razem pójść na skróty, czyli zastosować metodę chemiczną.

Ponownie skorzystałam z jednego z przepisów z woad.org.uk. Z zaciśniętymi zębami odmierzałam składniki najdokładniej jak mogłam, pilnowałam temperatury i pH, i co...? Na początku nic, płyn wyglądał zupełnie inaczej niż w opisie na stronie, wełna się nie barwiła, a pH było uparcie zbyt kwaśne. Zgodnie z poradą strony w tym momencie powinnam użyć więcej spektralitu, co też uczyniłam. Nie zadziałało. Musiałam być mocno spanikowana, bo oczywiste rozwiązanie, czyli dodanie zasady, przyszło mi do głowy dopiero po chwili. I w końcu bum, wrzuciłam kawałek wełny, wyjęłam i wtedy nastąpił cud - ociekająca początkowo na jasnozielono nitka po kilku sekundach zaczęła zmieniać kolor na jasny błękit. Nie powiem, łezka zakręciła mi się w oku :)

Teraz mogłam już działać. Kadź okazała się nadspodziewanie wydajna, wrzuciłam 200 g wełny, które miałam w planach, a ona nadal farbowała... Trochę mnie poniosło, i po kilku minutach racjonalnych działań zaczęłam wrzucać wszystko co popadnie. W ten sposób uzyskałam śliczną bijącą bo oczach zieleń (z tych co to nie da się...). Tak na marginesie napomknę że nie wyszedł mi za to planowany fiolet - pomarańczowa marzannowa nitka zamiast zmienić barwę na odcień purpury zabarwiła się na brązowo. Ot, zagadka.
Z wełny barwionej tylko urzetem mam całą kolekcję ślicznych błękitów.

Od lewej: urzet, urzet+kwiaty wrotyczu, urzet+marzanna

Dodam jeszcze, że spróbowałam sprawdzić krążącą po internetach teorię, jakoby nie działało uzyskiwanie zieleni metodą przefarbowywania błękitnej nitki na żółto. Małą próbkę wrzuciłam do wrotyczu i potwierdzam - rzeczywiście nie działa :) Cały żywy błękit gdzieś się stracił, została ciemna, zgniła zieleń. Wydaje się, że barwnik po prostu się rozkłada w zbyt wysokich temperaturach (a zwykle przy barwieniu roślinnym używa się temperatury ok. 80 - 100 C), ale nie jestem tego stuprocentowo pewna, czy jest na sali chemik?

Łączenie kolorów i w ogóle całość farbowania urzetem jest tak świetną zabawą, że chcę jej próbować jeszcze i jeszcze. A latem spróbuję ponownie metody kadziowej, plus jeszcze tej z użyciem uryny (zebranie kilkunastu litrów moczu nie będzie najłatwiejsze, ale dla chcącego...)
A tu jeszcze trochę farbowania:





(teoria na podstawie: J. Edmonds, The history of woad and the medieval woad vat, 1998)

Finally I have managed to get proper blue from woad :) Woad is only possible plant for Early Medieval reenactors, if the want to get some nice blue. Luckily it is not so hard as I expected.
At the beginning I tried grow some woad myself - it is not so complicated, but remember about big space for your plants (first I've put them in pots, but when they started dyeing, I need quickly replant them to the garden - it saved them). To use woad as a dye, you need form it in balls - it was not so hard - but unfortunately I failed in making proper vat (it seems that greenhouse and summer are necessery and it cannot be replaced by using heaters and wrapping in wool blankets). Finally I used chemical way - recipe from http://www.woad.org.uk/.
From my little experience I can say that very important thing is paying attention for the right pH - so be prepared to use much more alkaline than in recipe in site.
I've also managed to get some green - I have used wool previously dyed on yellow with use of tansy flowers and birch leaves.

wtorek, 14 lipca 2015

Zielono mi

Wyjmując ostatnio farbowanki z garnka, czuję się, jak pierwsi klienci Forda - mogę sobie życzyć dowolnego koloru, a i tak otrzymam zielony. Nie narzekam jednak za bardzo, bo niektóre z tych odcieni są naprawdę ładne.


Kilka spontanicznych eksperymentów przeprowadziłam na imprezie w Lądzie (obszerną relację z imprezy zamieścili Żywia i Mojmir na swoim blogu). W moim garze wylądowały liście czarnego bzu i glistnik jaskółcze ziele. Glistnik dał kolory takie-sobie-zielskowe (czytaj: burozielone), ale z czarnego bzu w połączeniu z żelazem otrzymałam naprawdę ciekawy odcień ciemnej zieleni. Do powtórzenia zdecydowanie!

Po lewej: wełna farbowana zielem glistnika, po prawej: farbowana liśćmi czarnego bzu

Kolejną okazję do eksperymentów miałam w ostatni weekend.
Chwalony przez inne farbiarki na facebooku barwnik z liści wrotyczu w moim wypadku też się sprawdził - wspomagając się miedzią otrzymałam fajną, żywą zieleń. Nawet wrzucony do gara len trochę złapał kolor: teraz jest pistacjowy. Z kolei kawałek wełnianej tkaniny, która startowo była szarobura, po farbowaniu ma sympatyczny kolor oliwkowy.






Tu mała dygresja: po raz pierwszy miałam okazję pobawić się miedzią nie w postaci monet czy gara, ale w czystej formie niebieskich kryształków. Działanie jest piorunujące - mała łyżeczka natychmiast zmieniła odcień barwnika z żółci na ciemną zieleń. Zastanawiałam się, czy ten kolor wyjdzie też na wełnie. W rezultacie okazało się jednak, że zmiana nie jest aż tak radykalna - po prostu różnica w tonie. A siła zabarwienia zależy od barwnika podstawowego, jeśli bazowy barwnik jest słaby, miedź nie nada mu intensywności. Przekonałam się o tym przy drugim eksperymencie, z zielonymi owocami bzu czarnego. Teoretycznie w połączeniu z miedzią powinnam z nich uzyskać kolor seledynowy. To, co otrzymałam, to bardzo delikatny, jasny odcień zieleni - współcześnie może być nawet uważany za ładny, lecz we wczesnym średniowieczu tak barwę uznano by zapewne za niewartą wysiłku.

A oto cała paleta:
Od góry - wełna farbowana:
 - liśćmi czarnego bzu
 - liśćmi wrotyczu
 - niedojrzałymi owocami czarnego bzu

poniedziałek, 13 lipca 2015

Prawie na końcu świata, czyli trochę o Orkadach

Dzisiaj będzie podróżniczo. Kilka tygodni temu miałam okazję spełnić jedno ze swoich małych marzeń i pojechać na Orkady. Uwielbiam wszelkie podróże w stylu "wybieramy na mapie najbardziej zapomniany zakątek i jeeedziemyy". A jeśli jeszcze ten zakątek naładowany jest historią, opowieściami, pięknymi krajobrazami...czego chcieć więcej.



środa, 27 maja 2015

Zabawy średniowiecznym makijażem :)

Dzisiaj odpoczniemy trochę od igły i wełny i zajrzymy do kuferka średniowiecznej ślicznotki. W końcu idzie lato, czas wypraw, spotkań z przyjaciółmi i wrogami. Trzeba rozprostować zgarbione nad robótką plecy, wdziać nowe suknie, założyć błyszczące ozdoby, rozczesać włosy...

Nałożyć makijaż? Współcześnie - oczywiście, podobnie jak w kilku innych epokach, od starożytnego Egiptu (a może wcześniej) zaczynając. A jak to wyglądało (lub mogło wyglądać) we wczesnym średniowieczu? Z przemyśleń na ten temat urodziła mi się dzisiejsza notka.

"Średniowieczne" kosmetyki - tak to wygląda na skórze :)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Igłowe skarpetki - tutorial/Naalbinding socks - tutorial

Po długiej przerwie wracam z odrobiną rękodzielnictwa. Przy okazji jednej z ostatnich naalbindingowych robótek stworzyłam mały tutorial - dla wszystkich zagubionych dusz szukających w otchłaniach Internetu informacji "jak zrobić na igle skarpetki".

Welcome again after long break :) Today something about craft again - in this time little tutorial about making naalbinding socks.


piątek, 9 stycznia 2015

Martwa Natura ze Skarpetkami/Still life with Socks

Na początku - życzę wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku!
Moi Drodzy Czytelnicy, jako że jestem po uszy zagrzebana w Najdłużej Pisanym Licencjacie Świata, szanse na pełnowymiarową notatkę w najbliższym czasie nie są zbyt duże... Na szczęście mam jeszcze trochę urobku z zeszłego sezonu, którym będę co jakiś czas się chwalić, żeby przerwać złowrogą ciszę :)
Dzisiaj na tapecie skarpety naalbindingowe :)

At the beginning - Happy New Year for Everyone!
My Dear Readers, because I am very busy with my BA Thesis (sincerely, longest writing BA in the world) I have almost any opportunity to write something longer in near future. Lucklily, I still have some interesting results of experiments made during last year, which I will present on blog from time to time to interrupt this sinister silence :)
Today I am presenting my naalbinding socks :)



Obydwie pary skarpetek zostały wykonane techniką naalbinginu przy użyciu ściegu Mammen. Wełnę miałam z górskich owieczek, częściowo ją pofarbowałam przy użyciu ingrediencji widocznych na zdjęciu. Pomarańczowy z marzanny nie był oczywiście zaskoczeniem, natomiast miło ucieszył mnie intensywny żółtozielony kolor uzyskany przy pomocy kwiatów wrotyczu. Barwa w zasadzie podobna siłą i odcieniem do tej, którą otrzymałam z rezedy barwierskiej.

Same skarpetki zrobiłam według schematu, który najbardziej przypadł mi do gustu - najpierw część na stopę, potem część na kostkę (robione razem) a na końcu dorabianie pięty do powstałej "dziury". Jak widać na drugiej fotce, eksperymentowałam też trochę z samym początkiem pracy: spróbowałam zacząć nie od pojedynczego oczka, a od całego rzędu. Chyba jest to lepsze rozwiązanie.

Oprócz skarpetek na zdjęciach widać także mój zestaw do naalbindingu - mosiężną igłę i nożyce. Nic skomplikowanego :)


Both pair of socks were made using Mammen stitch. I used pure wool from Polish mountain sheep, and partly dyed them using plants: tansy flowers and madder roots. I wasn't obviously surprised by orange from madder, but I was very glad of intense yellow-green colour from tansy (very similar colour to that which I received from weld).

Socks themselves are made according to scheme which I like most: first I made part covered foot, next - this part which covered ankle (both as one piece), and on the end I made part covered heel, fulfilling resistant hole. As you can see on second photo, I also tried different ways of beggining my naalbinding work - I started from whole row of loops instead of single loop. I think it is a little bit better solution.

Except from the socks, also my naalbining-making set is visible on the photos - medieval scissors and copper-alloy needle. Not such complicated, isn't it :)

środa, 12 listopada 2014

Wczesne średniowiecze w Muzeum Śląska Opolskiego

Dzisiaj spędziłam dzień bardzo miło - na oglądaniu ciekawych rzeczy w towarzystwie równie co ja spaczonym na punkcie wczesnego średniowiecza :) Byłyśmy z Żywią w Muzeum Śląska Opolskiego - ja zbierałam materiały do Najdłużej Pisanego Licencjatu Świata a Żywia do Projektu Opolanka. Gmaszysko, położone w centrum miasta, nieopodal rynku, mieści w sobie wiele interesujących zbiorów, nas jednak najbardziej interesowała wystawa zatytułowana "Opole - gród, miasto, stolica regionu". Znajdują się tam eksponaty pozyskane przy okazji wykopalisk na Ostrówku - wyspie opływanej przez Odrę, na której stał ongiś gród z którego później wyrosło miasto Opole.

Widząc salę dosyć niepozornych rozmiarów, zwiedzający nie spodziewałby się Bóg wie czego. Niesłusznie. Zabytków jest dużo, są bardzo "smaczne" i mimo upchania ich ciasno w gablotkach, dość przejrzyście i logicznie wyeksponowane. Minusem - przynajmniej z punktu widzenia osób bardziej zainteresowanych tematem - są dość ogólne opisy oraz brak dokładnego datowania.

Mnie oczywiście najbardziej interesowały tekstylia, jednak doceniłam też urodę innych eksponatów. Żywia zaś śmiała się równo do wszystkiego. Miałyśmy możliwość obejrzenia i obfotografowania z bliska (poza gablotką, w świetle dziennym) kilku pasiaków i krajek, co pozwoliło nam docenić szczegóły ich wyglądu trudne do uchwycenia przy "zwykłym" zwiedzaniu (np. śliczny wtkany deseń na jednym z jedwabnych fragmentów). Zrobiłyśmy też oczywiście masę zdjęć pozostałym eksponatom (niestety, już w wersji zagablotkowanej). Część z nich wrzucam poniżej.

P.S. Warto też wspomnieć, że muzeum ma w sprzedaży informator na temat wystawy - publikacja zdecydowanie warta zakupu, za 10 zł otrzymuje się parędziesiąt stron z wyraźnymi, kolorowymi zdjęciami.

A oto trochę opolskich zabytków (zdjęcia powiększają się po kliknięciu):

Jeden ze słynnych opolskich pasiaków

Igły, szpilki i przede wszystkim cudne krajki
(ta górna tkana jest ze zdublowanej nici o grubości 0,5 mm,
żeby uprząść coś takiego, trzeba być mistrzem)

Woreczki kultowe - w lewym znaleziono żelazną igłę

Gablotka pełna smakowitości :)



Kabłączki na sto sposobów




Rękojeści noży  - ta górna to kość zdobiona techniką batikową,
pierwszy raz coś takiego widziałam
Ślicznie toczone wrzeciona
Mnóstwo rzeczy z wapienia: po lewej przęśliki,
po prawej wapień z dziurą po przęśliku :)

Jeszcze więcej przęślików, ładnie zdobionych
(zaciekawił mnie ten w prawym dolnym rogu, wyrzezany w pseudoruny :))

Drewniane jarzmo

Imponująca kolekcja drewnianych łódeczek


Nr 18 - składana brzytwa

Rękojeść pejcza (brąz)

wtorek, 21 października 2014

Tam i z powrotem, czyli Feima pod Hastings/There and back again - or Feima at Hastings

Miejsce mojego pobytu na czas jakiś ustabilizowało się w Ojczyźnie. Do Wielkiej Brytanii zaglądałam jednak i zaglądać będę z wielu okazji - a taką okazją, czymś, czego Absolutnie Nie Mogłam Przegapić, była bitwa. Ta Bitwa - czyli jedno z najważniejszych w dziejach Brytanii wydarzeń, starcie pod Hastings. W miejscowości Battle byłam już w zeszłym roku, z czego zdałam relację na blogu, ale bardzo chciałam także wziąć udział w rekonstrukcji wiekopomnych wydarzeń sprzed tysiąca lat. Dlatego też w niecały tydzień po przebyciu Kanału Angielskiego (zwanego przez Tych z Kontynentu kanałem La Manche:)) w jedną stronę, gnałam niemal z językiem na brodzie w stronę odwrotną, by ostatecznie wylądować na błotnistym polu, na który wiele stuleci temu wykrwawiali się Normanie i Sasi.

I finally moved to Poland and I will stay here for some time. But I am going to visit Great Britain for the many occassions - one of them, some What I cannot Absolutely Missed, was battle. The Battle - or one of the most important happening in British history, Hastings encounter. In the Battle city I was last year (I wrote note about it), but I also want very much take a part in reenactment these important events since one thousand years. So, almost week after swimming through English Channel (called "Canal La Manche" by Those from Continent :)) I was going back, reaching finally to muddy field, in which a lot of centuries ago Normans and Saxons bled.

niedziela, 28 września 2014

Krosno z Ulicy Wiązów/ The Loom from Elm Street

Dzisiaj, zamiast dłuższej notki, parę fotek i wielka radość - nareszcie kupiłam krosno! Znalazłam je na angielskim ebayu. Poprzedni właściciel mieszkał na Alei Wiązów - prawie jak ulica Wiązów. Imię dla krosna było zatem łatwo wybrać - Panie i Panowie, oto Freddie!

Today, instead of long post, will be few pictures and big happiness - I finally bought a loom! I found it on English ebay. Previous owner lived on Elm Avenue - almost like Elm Street, so name for loom was obvious - Ladies and Gentelmen, that is Freddie!


piątek, 19 września 2014

Abbots Bromley Horn Dance

Dzisiaj będzie wpis trochę obok głównej tematyki bloga (chociaż tak nie do końca, jak się później okaże :)). Jak Szanowni Czytelnicy wiedzą (albo i nie) niżej podpisana od ponad roku siedzi na emigracji w Wielkiej Brytanii. Kraj to wielce ciekawy, z długą historią i niezwykle bogatym folklorem, który zafascynował mnie niemal od pierwszych chwil pobytu tutaj.
Jednym z najciekawszych zwyczajów, który chciałam zobaczyć na własne oczy, od kiedy tylko o nim przeczytałam, był Horn Dance - Taniec z Rogami.


Today note will be a little off the main blog topic (but not completely, as it will turn later :) As My Dear Readers know (or not) for more than year I live in Great Britain. It is very interesting country, with long history and rich foklore, which fascinated me from first whiles of my stay here. Abbots Bromley Horn Dance was one of the most interesting habits that I wanted to see with my own eyes since I read about it.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Tęcza wśród lasu - farbowanie na Ulffeście 2014/Rainbow in the Forest - natural dyeing on Ulffest 2014

Od kilku lat moja macierzysta drużyna, Ulf Ragnarsson Hird, organizuje co roku pod koniec lipca imprezę z okazji urodzin jarla, rzeczonego Ulfa Ragnarssona. Impreza znana jest pod nazwą Ulffestu, lub inaczej: Bożego Narodzenia (tak, Ulf czule pielęgnuje swe ego). Do tradycji należy turniej sprawności wojowników, konkurs dla kobiet (znany pod nazwą Turnieju Bab Agresywnych) tudzież kilka innych dziwnych atrakcji. W tym roku dorzuciłam do programu swoje trzy grosze, organizując mini warsztaty z farbowania naturalnego.

For several years, at the end of July, my reenactment group, Ulf Ragnarsson Hird, organizes a party to celebrate the birthday of Earl Ulf Ragnarsson. The event is known as Ulffest, or otherwise: Christmas (yes, Ulf tenderly cares for his ego). Every year traditional tournaments for warriors and women are organised (the last one is known as a Aggresive Woman Competition) This year I put something mine to the program, organizing mini-workshops of natural dyeing.

Kociołki z marzanną na ogniu/Cauldrons with madder on fire :)

Warsztaty - to zresztą dużo powiedziane - było to raczej pół dnia swobodnej zabawy kolorami (z odrobiną teorii), rozmów z uczestnikami, wrzucania do gara różnych interesujących materiałów a potem podziwiania rezultatów. Z obcych krajów przytargałam marzannę barwierską i rezedę, czyli typowe rośliny używane do farbowania we wczesnym średniowieczu. Do dyspozycji, oprócz glinianych garnków, mieliśmy także kociołek żelazny oraz miedziany - dzięki temu mogliśmy zaobserwować, jaki wpływ mają różnego rodzaju metale na uzyskiwane kolory.

Workshops were few hours of free play with natural dyeing (with a bit of theory), talking with participants, putting into pots a lot of interesting materials and next - enjoying the results. From foreign countries I brought madder and weld, which were typical plants using for dyeing in Early Medieval. In addition to clay pots, we also had iron and copper cauldron - so we could see whatimpact different kinds of metals have on final colors.

Efekty farbowania na Ulffeście
Complete results of natural dyeing on Ulffest

Farbowaliśmy całą masę rozmaitych materiałów: w garze z zaprawą (ałunem i kamieniem winnym) a potem w kociołkach lądowała wełniana przędza: z polskiej owcy górskiej, z owcy norweskiej, a także przędza tkacka z owcy nieokreślonej, kilka kawałków jedwabiu, owcze runo (z owcy norweskiej) oraz lniana chusta Iven. Rezultaty przeszły nasze oczekiwania - z kotłów wyciągnęliśmy prawdziwą tęczę. Barwy były bardzo jaskrawe (przynajmniej tuż po farbowaniu, czy okażą się odporne na deszcz i słońce, czas pokaże).

We dyed a lot of different materials: in the pot with mordant (alum and cream of tartare) and next in cauldrons were placed some kind of yarn (from polish mountain sheep, from Norwegian sheep, and also typical yarn for weaving), some pieces of silk, fleece from Norwegian sheep and Iven's linen shawl. Results have passed our expectations - with pots we took a real rainbow. The colors were very bright (at least shortly after dying, we will see in future if they will be resistant for sun and rain).

Farbowanie marzannowe dało w przypadku wełnianej przędzy i runa typowy dla tego barwnika odcień - intensywny pomarańcz (zarówno dla farbowania w miedzianym jak i żelaznym kotle). 

Coloring by madder in the case of woolen yarn and fleece gave as a result shade typical for this dye - intense orange (both for the dyeing in the copper and iron cauldron).

Materiały farbowane marzanną w miedzianym kociołku
Materials dyed by madder in copper cauldron

Materiały farbowane marzanną w żelaznym kociołku
Materials dyed by madder in iron cauldron

Ciekawy rezultat otrzymaliśmy w przypadku jedwabiu: materiał z miedzianego kociołka zabarwił się na pomarańczowo, a płachty z kociołka żelaznego stały się różowe.

An interesting result we have received in the case of silk: the material from a copper cauldron became orange, and shawls from the iron pot became pink.

Jedwab farbowany marzanną w garnku miedzianym (z lewej) i żelaznym (w prawej)
Silk dyed by madder in copper cauldron (on the left) and iron cauldron (on the right)

Rezultaty farbowania marzanną w komplecie :)
Compelete results of madder dyeing :)

Barwnik z rezedy okazał się bardzo podatny na oddziaływanie metali. Materiały wyciągane z miedzianego kociołka nabrały rozmaitych odcieni jaskrawej żółci. Te z kociołka żelaznego, zarówno wełna jak i len, zabarwiły się na przyjemny odcień oliwkowej zieleni. Kolor na lnie był na początku dosyć intensywny, po całej nocy suszenia jednak znacznie zbladł.

The dye from the weld was very sensitive to the influence of metals. Materials dyed in the copper cauldron took different shades of intense yellow. Those which we dyed in iron cauldron, both wool and linen, took a nice shade of olive green. Color on linen was quite intense at the beginning, after a night of drying, however, became quite pale.

Rezeda na ogniu
Weld on fire

Efekty farbowania rezedą: po lewej, w kociołky miedzianym, po prawej - w żelaznym.
Results of dyeing by weld: in copper cauldron on the left, in iron - on the right

Z uwagi na to, że obozowisko mieliśmy niewielkie, a ognisko wspólne - jedno, rezultaty farbowania mogły też oglądać osoby niezainteresowane bezpośrednio udziałem w warsztatach. Fajnie było oglądać zdziwienie na twarzach ludzi przyzwyczajonych do uważania szaro-burych barw za jedyne "autentyczne". Cel edukacyjny został zatem osiągnięty :)

Due to the fact that we had a small encampment and one common fireplace, the results of dye were also visible for people who were not participating in the workshops. 
It was fun to watch the surprise on the faces of the people who were used to think that only grey and dun colours were used in Medieval. Educational target was therefore achieved :)

Oprócz farbowania tekstyliów, pouprawialiśmy trochę spontanicznej zabawy w średniowieczną kosmetykę. Po wylaniu barwnika z gara z marzanną zauważyłam, że na brzegu zebrało się trochę tłustego osadu o ciemnej, karminowej barwie. Nie mogłyśmy z Żywią przepuścić takiej okazji i zrobiłyśmy sobie średniowieczne makijaże :) Uzyskana tą metodą barwiczka do ust i policzków wytrzymała kilka godzin, przetrwała na ustach mimo jedzenia i picia - a więc lepiej, niż niejedna współczesna pomadka.

In addition to the dyeing of textiles, we spontaneously made some medieval cosmetics. After pouring the dye from the cauldron with madder I noticed that on the edge stayed some grease in dark carmine colour. Me and Żywia could not pass up the this opportunity and we did ourselves a medieval makeup :) obtained by this method cosmetic for lips and cheeks stayed for few hours and survived on our lips despite eating and drinking - much longer than many modern lipsticks.

Ja z Żywią pomalowane po średniowiecznemu :)
Me and Żywia with our medieval make ups :)

Żywia w jakiś czas później - wciąż pomalowana :)
Żywia some time later - still with make up :)
Odna z kolei użyła osadu marzanny do farbowania włosów. Zabarwiony testowo niewielki kosmyk nabrał przyjemnego koloru mahoniu. Rezultaty naszej zabawy są na tyle ciekawe, że pewnie wkrótce spróbuję wyprodukować więcej kosmetycznych mazideł :)

Odna used this grease for dyeing her hair. Small cowlick dyeing by this method become ginger, in nice mahogany colour. Results of our experiments are so interesting, that in future I surely try to do more of Medieval cosmetics :)

Włosy Odny, środkowa część po potraktowaniu marzanną
Odna's hair after madder treatment (this piece in the middle)

Pozdrawiam wszystkich współuczestniczków zabawy kolorami na Ulffeście, mam nadzieję, że dane nam jeszcze będzie się spotkać w podobnych okolicznościach!

Greetings to all friends who played with me in natural dyeing, I hope that we will meet in similar circumstances in future!